Część 15

czwartek, 11.lutego.2010, 18:47
Dziś się skupię na jednej z nowszych postaci, gdyż ponieważ i tak dalej - jest to osóbka ważna dla opowiadania. Zanim zabijecie mnie za brak notek od dłuższego czasu, mogę powiedzieć tylko tyle - przepraszam. Nieodpowiedzialność wypływa mi uszami, ale z drugiej strony zobowiązania co do studiów, sesji i wykładów... Cóż, wiadomo, co ważniejsze. Niestety.


Rozum Jason-Jasona tak naprawdę działał lepiej, niż jakikolwiek inny, czy to człowieka, czy czysto hipotetycznie innej istoty, rodem z baśni.
To, że te istoty tak naprawdę hasają sobie po świecie, trochę na złość realistów - nieco go rozśmieszało. Z drugiej strony jednak wiedział, że wszystko go rozśmiesza, począwszy od klaunów z cyrku, kończąc na podrzędnych zwłokach wyciągniętych z kanałów.
Jason-Jason był w końcu tylko Jason-Jasonem.
Chociaż o ile pamiętał, ostatnio tak naprawdę nazywał się Hubert. Aczkolwiek nie chciał reszty wyprowadzać z błędu z bardzo prostego powodu - nie pytali.
Założyli, że jest Jason-Jasonem, a jemu i tak to nie przeszkadzało.
Jednak problem z odłamkiem lustra, jakim była Gabrielle, strasznie mu się nie podobał. Najgorsze jednak, że stanowczo nie wiedział, co powinien z tym fantem zrobić.
Zastanowił się, czy warto samą dziewczynę wtajemniczyć w to, co planował Mayer Link. Po szybkim zastanowieniu stwierdził, że to nie najlepszy pomysł. Dziewczyna zachowywała się niestety często jak polityk - dużo mówiła, dużo robiła, ale niestety niekoniecznie z sensem.
On sam także odpadał. Mayer nie ufał mu do końca, nic dziwnego zresztą, z kolei inne wampiry, ci Cullenowie odmówili pomocy tak długo, jak nikt nie zagraża dziewczynie bezpośrednio. Całkiem cwanie. Z jednej strony nie musieli nic robić, z drugiej strony pomoc obiecali. Sprytne, ale to już mówił.
Zerknął z uwagą na kolejną spaloną zapałkę, jaką zostawiła mu w kieszeni Tina. Cóż za soczysta dziewczynka. Miała go za idiotę, ale z drugiej strony przez tą czwórkę tak często czuł się jak idiota, że wcale nie miał jej to za złe. To, że jest bardziej przytomny, niż inni uważali, on sam przypisywał na plus.
Westchnął melancholijnie, wciąż główkując.
W gruncie rzeczy mógłby się zwrócić do wilkołaków, ale bądźmy szczerzy - oni naprawdę śmierdzieli. A pokręcony, ale szybko działający umysł Jason-Jasona wskazywał mu, by nie ufać niczemu, co śmierdzi. Zawsze prowadziło to do... no... do kupy. I były pchły. I obroże. Jason-Jason nie lubił obróz.
Następne pomysły wcale nie były proste. Jeśli chodzi o Franka, bo wampir nie lubił słowa Zielony, także jego plan nie miał przyszłości. Tak czy inaczej, nerwowy chłopaczek za bardzo bał się wampirów, a z drugiej strony samego Jason-Jasona brał za idiotę.
Tina była urocza jak kwiatuszek i niestety tak samo durna, jak ten kwiatuszek. Co prawda wampir nigdy nie zastanawiał się na ilorazem inteligencji zieleniny, ale podejrzewał, że gdyby rośliny były bardziej żywotne, okazałoby się, że Tina może być podobna do nich.
Za to Amanda.... Tak. Wiele w niej gniewu, jest uparta, a przy tym bardzo, bardzo nie wie, co powinna myśleć o Gabrielle. Jerba jest dla niej zagadką, i to taką, której nie chce nawet rozwiązywać. Z jednej strony czuje się do niej podobna, z drugiej uważa się za stanowczo lepszą.
Tak, Amanda będzie idealna. Jednak manipulacja samą Gabi może być trudna. Dziewczyna miała własne zdanie i chadzała swoimi ścieżkami, jak bezpański kot. Znaczy niby powinien być pies, ale uważał, że w tym wypadku kot bardziej pasuje.
Jednak na to też jest sposób. Wystarczy jej czegoś zabronić, a dziewczyna z Chochlikiem na czele stanie na rzęsach, byle to zrobić.
Jason-Jason uśmiechnął się do siebie.
I zapalił zapałkę.
Mayer sobie nie poradzi. Tego był pewien.


*****


Zerknęłam na Setha i wybuchnęłam śmiechem raz jeszcze.
- Zmutowane wilki? Takie wielkie? - zapytałam ze śmiechem.
Pokiwał z zadowoleniem głową.
Przez chwilę milczałam. Samo to, że chłopak jest wilkołakiem przyjęłam bez zastrzeżeń. Kurde, jestem dziewczyną z dwoma osobowościami...
OŚMIOMA!
..., a oprócz tego mieszkam pod jednym dachem z wampirami. Co za różnica. Zaraz zwalą mi się na głowę elfy, wróżki krasnoludy, czy co tam jeszcze.
Nie zdziwiłabym się.
- Wybacz, Sethie, ale już wolę wersje człowiek-wilk - zaśmiałam się - No wiesz, jak w filmie. Tym, gdzie wilkołaki biegały po Waszyngtonie i zjadały ludzi. O, wiem! "Kły Siódemka!"
Pokręcił głową, wciąż się nie odzywając. Zmarszczyłam brwi. Dziwnie zamilkł, tylko uśmiechał się wciąż głupkowato, a oprócz tego iskierki w jego oczach tańczyły radośnie.
Durnoto, nie pozwoliłaś mu się odzywać, kiedy ty mówisz, nie pamiętasz?
- Możesz już mówić, Clearwater - mruknęłam niepocieszona.
- No wreszcie! - wykrzyknął. Nie wydawał się być zły, ale z drugiej strony, od samego początku wagarów, wydawał się być jak dzieciak, który otworzył wigilijne prezenty.
Otoczyłam ramiona dłońmi. Byłam jakoś zmęczona, ale tak dobrze się bawiłam z Sethem, że wcale nie chciało mi się wracać do domu. O dziwo nawet z Zielonym i Lady aż tak dobrze się nie bawiłam. No dobrze, porównywalnie, ale teraz jakoś dziwnie czuło się wyluzowanie. Tak, jakby tego dzieciaka znała może od piętnastu lat, co dla niego musiało być rekordem, ważywszy na to, że nawet nie wiem, w jakim jest wieku.
Zapominasz o Chochliku! Weź nie zapominaj o Chochliku!
I tutaj kolejna niesłychana rzecz. Czułam, że moje szalone alter ego jest... zazdrosne.
Od razu jeszcze bardziej polepszył mi się humor.
Mimo tych szybko rodzących się złych przeczuć.

******


Mary zerknęła za siebie, czując się, jakby była wielka, oślizgłą rybą, która została pozbawiona wody. O ile określenie nie było zbyt poetyckie, bynajmniej z punktu widzenia pana Gilberta, dziewczynka stwierdziła wszem i wobec, że pasowało do jej dzisiejszego nastroju i zachowania.
Zwłaszcza, że musiała uciekać.
Jej sześcioletnia psychika nie najlepiej to znosiła, jednak niezrównana pomoc pana Gilberta pomogła i w tym momencie.
Dziewczynka cieszyła się z tego, ponieważ pan Gilbert posiadał niezwykłą cechę - potrafił odczuwać jak własne pragnienia spotkanych osób. Nie bacząc oczywiście, czy to wampir czy człek.
- Panie Gilbercie? - zapytała dziewczynka, ciągnąc wielką, wypchaną walizkę, która ze stukotem plastikowych kółek szurała za nią. W tej torbie spakowany schludnie został kompletnie cały dobytek małej Mary, ale dziewczynka niespecjalnie się tym przejęła.
Nie to, że jej przybrani rodzice byli złymi ludźmi. Kochali ją, bo nie mogli mieć własnych dzieci. A pan Gilbert czytał w nich jak książce, dzięki czemu Mary była córką idealną.
Oczywiście, panienko Mary. Jak zwykle jestem przy pani obecny. Czy mogę zasugerować, że nie długo powinna panienka coś zjeść? Pamięta panienka, że pieniądze są schowane w lewej kieszeni pani płaszczyka
Przypomnienia pana Gilberta zwykle brzmiał właśnie w ten sposób.
Czyżbym wyczuwał w panience wyrzuty sumienia? Przecież wie pani, że nie miała pani szans uratować swej przybranej rodziny. Byli ludźmi, moja panienko. Musi panienka zauważyć, że wybór padł po raz kolejny zły, co już przedtem panience sugerowałem
Dziewczynka zastanowiła się szybko.
- Musi pan jednak przyznać, że perspektywa bycia dzieckiem dla wampirów może być niebezpieczna - zauważyła spokojnie, nie chcąc się przyznać do lodowatego strachu, jaki zalewał jej malutkie, drobne ciałko.
Wyczuła wahanie pana Gilberta.
Nie mogę zaprzeczyć, panienko. Musisz uwierzyć mi na słowo, że ta rodzina, którą dla nas wybrałem, jest rodzina wegetariańską, a co z pewnością nie skończy się dla nas źle.
Dziewczynka skinęła głową i zapukała donośnie do wielkiej willi zbudowanej ze szkła.


*****


Carlisle miał problem. Do tego wniosku doszedł, obserwując drobną, dziecięcą postać małej Mary, która siedziała w objęciach Rosalie.
I już doskonale wiedział, że jego przybrana córka i dziewczynka będą od tej chwili nie rozłączne.
Sama sytuacja była dość nieprzyjemna, zważywszy na to, że nie było dzisiaj wśród nich Edwarda, który mógłby potwierdzić słowa dziecka.
Mała Mary, bo tak przedstawiła się dziewczynka, w ogóle nie pachniała jak człowiek. Jej zapach był niezwykle podobny do charakterystycznej woni prawnuczki Mayera Linka, i lekarz zastanawiał się skrycie, czy to dziecko nie ma nic wspólnego z Gabrielle Link.
Rose oplotła ramieniem dziewczynkę i przemawiała do niej teraz czule.
Carlisle westchnął.
Pochylił się nad dzieckiem, które zaprezentowało najsłodszą minkę, jaką mogło wymyślić jakiekolwiek dziecko.
Była w oczywisty sposób śliczna. Przypominała czasem Renesmee swoją niecodzienną urodą.
- Ptysiu, jesteś może głodna? - zapytała pieszczotliwie Rosalie po raz setny. Dziewczynka w odpowiedzi tylko przytuliła się do niej mocniej.
Carlisle zerknął w bok, na swoją żonę. Doskonale wiedział, że Esme jest zaniepokojona. Przecież nie mogą trzymać tutaj człowieka! Prędzej czy później zdarzy się jakieś nieszczęście.
Tymczasem Mary chichotała w duchu. Pan Gilbert jest genialny. Znalazł jej mamę taką, jaką tylko ze świecą szukać. Dziewczynce najbardziej jednak podobało się to, że kobieta nie umrze, jak jej inni "rodzice".
Uśmiechnęła się czarująco do Rosalie. Za ramieniem pięknej blondynki zerknęła na potężną sylwetkę jej męża, Emmetta. Na szczęście, w odróżnieniu od innych domowników nie wyglądał na szczególnie inteligentnego.
- Gdzie są twoi rodzice? - zapytał Carlisle, uśmiechając się do małej łagodnie.
Dziewczynka wskazała Rosalie i zmarszczyła brwi.
- Tutaj jest mama - powiedziała. Rosalie pisnęła z uciechy. Doktor Cullen nigdy by się nie spodziewał, że jego przybrana córka jest w stanie wydawać z siebie takie odgłosy.
Cullen westchnął bezgłośnie, ale Rose zauważyła ten gest. Zmarszczyła ostrzegawczo brwi.
- Chodzi mi o twoich prawdziwych rodziców.
Dziewczynka spojrzała na niego niesamowitymi błękitnymi oczętami. Zamrugała ze zdziwieniem.
- Tamci rodzice już nie żyją. Ale moja nowa mamusia jest tutaj - uśmiechnęła się do Rosalie, a ta pogłaskała ją czule po główce.
Carlisle po raz kolejny modlił się do wszystkich świętych, by Edward i Bella wrócili o tydzień wcześniej ze swego wyjazdu. Naprawdę ciężko było mu powiedzieć, co powinien zrobić, zwłaszcza, że przy najrozsądniejszej opcji Rosalie postarałaby się urwać mu głowę.
Alice szturchnęła anglika łokciem i podała mu coś szybkim gestem. Mężczyzna zerknął na zwitek papieru w swojej dłoni i rozwinął go powoli. Był to akt urodzenia dziewczynki. Według niego dziewczynka, a dokładniej mówiąc mała Mary Ann, miała sześć lat, a jej rodzicami byli Henry Anderson i Jodie Hevett-Anderson.
- Ile masz lat? - zapytał szybko, wkładając pognieciony akt do kieszeni spodni. Dziewczynka spojrzała na niego nagle zimnym, starczym spojrzeniem.
- Myślę, dziadku, że zadałeś złe pytanie - poinformowała go sucho - Powinieneś zapytać, jak długo mam te sześć lat.
Carlisle otworzył szerzej oczy.
A Rose przytuliła do siebie dziecko obronnym gestem.








Tańcząca w bieli...
Nastrój:
Kategoria: brak kategorii
tagi:

Część 14

piątek, 4.grudnia.2009, 02:06
Dla Natalii - mówisz, masz :-)


Wielu poetów, czy innego tałatajstwa starało się kiedyś opisać uczucie kaca. Nie wiedzieć czemu, zawsze następowały przy tym zagadnieniu dziwaczne opisy, takie jak "rozgrzane do czerwoności grudki piasku", czy słynne "różowe słonie z trąbami w paski".
I coś w tym jednak było.
Mayer siedział wyjątkowo krzywo uśmiechnięty w kuchni, a my, czyli Zielony, Lady i właściwie tylko częściowo ja, staraliśmy się nie patrzeć mu w oczy. Zwłaszcza, że miał wyjątkowo drwiący uśmieszek i aż gotował się, by powiedzieć coś złośliwego. Ja sama ledwo trzymałam się na krześle, a i tak węszyłam w tym zasługę Chochlika, który także nie czuł się najlepiej.
I nie wiem dlaczego, widok Mayera podziałał na mnie jak czerwona płachta na byka.
Nie to, że zawsze na kacu jestem agresywna. W gruncie rzeczy jestem, ale w tedy staram się tego tak nie pokazywać. Jednak wystarczyło spojrzeć na białą, smukłą postać wampira, a miało ochotę walnąć go mocno w łeb, wybić mu zęby i wydłubać oczy.
Zawarczałam przeciągle, prawie jak wampir. Mayer się nie ruszył, tylko uniósł smukłą brew.
- Czyżbyście mieli zły dzień? - zdziwił się fałszywie, a jego ton ociekał słodyczą i niewinnością - Wstaliście lewą nogą? A może te piękne, dzisiejsze słoneczko wcale aż tak nie poprawia wam humorku, jak mi? - zapytał tym samym tonem idioty, który ma wyjątkowo dobry dzień - Zjedliście już śniadanie? Hm, na co dzisiaj mielibyście ochotę? Może jajka na miękko? Najlepsze są takie półpłynne, z lekka surowe jajka. A może naleśniki? Cudowne są grube i puszyste jak kołdra. Koniecznie lekko wilgotne. I dużo, naprawdę dużo masła.
Zielony, który już teraz miał idealnie dobrane przezwisko z kolorem, jaki wykwitł na jego twarzy, wybiegł, trzymając się za brzuch. Także i Tina nie najlepiej w formie.
- Uch! Blee... - wydyszała, ale dzielnie siedziała nadal.
Link, widząc jej kolor twarzy, jeszcze bardziej teatralnie się zdziwił.
- Czyżby brzusio był w złej formie, co, Tina? - zapytał z przejęciem. - Jejku - ożywił się sztucznie - Serce mi krwawi z tego powodu. Czyli mam rozumieć, że nie chcecie jajek? - zapytał, podkreślając ostatnie słowo.
Ja sama trzymałam się w pionie chyba tylko dlatego, że nie byłam w stanie przewrócić się na bok. Za bardzo bolała mnie głowa.
- To było paskudne, Mayer - wychrypiał Zielony, który stanął w kuchni, wciąż praktycznie zgięty w pół. Podszedł małymi kroczkami do stoły i niemal rzucił się na krzesło. - Wręcz chamskie. Już pewnie nie pamiętasz jak być człowiekiem, więc się tak mścisz. Pogratulowałbym ci chamstwa, ale najpierw muszę poszukać moje jelito.
Wampir odsłonił ze złości zęby. Chochlik włączył mi lampkę alarmową przed oczami i zatupał.
Potem jednak uśmiechnął się krzywo.
- Wprost przeciwnie, moi drodzy - powiedział grzecznie, niezwykle cicho, dzięki czemu wydawało nam się, że tylko krzyczy. Z drugiej jednak strony w takim stanie nawet mrówki hałasują - Właśnie teraz przyrzekłem sobie wręcz, że nie urwę wam od razu głów i nie powieszę sobie ich na drzwiach do sypialni. To wy zachowujecie się jak banda gówniarzy, którzy nie wiedzą co się wokół was dzieje. Jeśli nadal uważacie, że jestem... zaraz jak to było? Chamski, to radzę, byście najpierw pomyśleli.
Zmarszczyłam brwi. Coraz bardziej mnie irytował. O ile przedtem to uczucie było małym płomyczkiem, teraz stało się inferno.
- Tak, wciąż uważamy, że jesteś chamski i nieludzki, Mayer - powiedziałam zimnym, ciężkim głosem. Podejrzewałam, że Chochlik w jakiś sposób mi go wzmacniał, przez co czułam dziwne... wibracje. Mayer zamrugał patrząc na mnie - Mało tego. Masz tak wredny charakter i nieustępliwy, że nawet pchły z podrzędnych barów nie chciałyby na ciebie przeskoczyć, bo boją się, że zarażą się wrednymi nawykami. Urodziłeś się z takim charakterem, czy musiałeś najpierw skończyć kurs korespondencyjnym "Jak zrażać do siebie ludzi?"
Nastąpiła cisza. Lady otworzyła usta, patrząc na mnie, a Zielony chrząknął ostrzegawczo, patrząc to na mnie, to na wampira. A Link? Tylko patrzył. Z niezwykłym spokojem.
Odetchnęłam, ale impuls nie zniknął. Zamknęłam oczy, starając się uspokoić. Nie wiem, co działo się ze mną tutaj i teraz.
Otworzyłam gwałtownie oczy. Musiałam mu to powiedzieć. Nie da się trzymać czegoś takiego w sobie przez dłuższy czas. I nie chodzi tu o głupie uczucia, jak szacunek, czy zaufanie. To można... kupić.
- Mało tego - powiedziałam dobitnie, krzywiąc się. Chochlik błagał mnie, bym się przymknęła - Uważasz się za nadczłowieka, a nas ludzi, za idiotów. Mało tego, jesteśmy lalkami w twoich rękach. Czujesz się przez to lepszy. Możesz robić z nami co ci się żywnie podoba. Uważasz nas za swoja własność. I myślisz, że możesz z nami robić co ci się podoba. A to dla nas za dużo. Jak sam stwierdziłeś, jesteśmy ludźmi. Mamy na karku tych świrów z Włoch, a mną samą, jakbym nie miała wystarczająco kłopotów z Chochlikiem, zainteresował się jako obiadem ten matoł, jak-mu-tam-było z trójki Volturi. Nie wiem, czy będą chcieli ze mnie zrobić coś podobnego do ciebie, zeżreć, czy po prostu wykończyć. I ja mam dość.
Zatopiłam się w myślach, nie czekając na odpowiedź. Nie spodziewałam się, że po prostu wstanie i wyjdzie.
Ale... Miałam rację. Nasza przyszłość, zwłaszcza moja, to niewiadoma. Sami ci dziwni "władcy" z Volturi. Pamiętam, co opowiadał mi o nich Mayer. Aro, podobno najważniejszy, najprawdopodobniej chciałby mnie przemienić, bo Chochlik go fascynował. Imałam się ich mocom, przez co mogłam być używana jak coś w rodzaju tarczy. Z kolei białowłosy Caius chciałby po prostu widzieć mnie martwą. Ten facet nigdy nie bawił się w metafory. Jeśli widział zagrożenie, po prostu szybko i bez dyskusji pozbywał się go. Nie mam pojęcia, jakim miałabym być zagrożeniem, ale z drugiej strony dowiaduję się o Chochliku coraz więcej.
Zielony jęknął. A Tina, jak zwykle podsumowała myśli naszej całej trójki.
- No to mamy przerąbane.


******


Mayer Link oparł się o chropowatą, przyjemnie zimną ścianę swego pokoju. O ile te pomieszczenie mogło być nazywane w jakikolwiek sposób. Lubił biel. Potrafił się dzięki niej jakoś uspokajać i nie baczyć na ludzi jak na obiad. To było dziwne, ale i przyjemne wiedzieć, że jego samokontrola jest wciąż całkiem niezła. Cóż, gdyby nie była, prawdopodobniej już dawno Gabrielle, Franek i Tina zostaliby przekąską.
Westchnął, przypominając sobie dzisiejszy ranek. Gabrielle. Jego soczysta, silna wnuczka. Bycie przodkiem kogoś takiego jak ona było... Dziwne.
Uśmiechnął się do siebie. To słowo zawsze jakoś pasowało do rudowłosej dziewczynki, i to nie tylko ze względu na Chochlika. Był ważny, ale ważniejsza była ona.
- Odłamki - wymamrotał do siebie.
W takich chwilach czuł się słaby. Wręcz odsłonięty na każdy cios. Niespecjalnie bał się, że Volturi ich znajdą. Aro nie jest takim idiotą, na jakiego wygląda. Zastanowi się kilkakrotnie, zanim ich napadnie, zwłaszcza, że sprawę komplikowali Cullenowie, jak i wilkołaki.
Gabriella. Kto by pomyślał, że jest częścią czegoś takiego? Na pewno nie ona sama.
- Przeklęte odłamki lustra - mruknął znów do siebie. Wiedział, że nie powinien mówić do siebie. Podobno to była oznaka szaleństwa, ale nikt, kto przeżył tyle długich lat nie mógł być normalny do końca.
Mężczyzna wyciągnął białą dłoń i zerknął na sygnet na lewej dłoni. Zmrużył oczy.
Już przedtem wybrał. Przypieczętował los Gabrielle i jej podobnych.
Teraz jednak...
Nie wiedział, czy faktycznie jemu to oceniać. Zwłaszcza, że ona naprawdę była z jego krwi.
Zamknął oczy i pokręcił głową.
- Czy mam prawo? - zapytał sam siebie.
- Nie masz - powiedział głos. a Mayer warknął przeciągle.
Jason-Jason patrzył na niego ze znudzeniem, wciąż obracając w chudych, powykrzywianych dłoniach zapałki. Potem uśmiechnął się czarująco.
- Czy na pewno tego chcesz? - zapytał. Potem wzruszył ramionami - Pamiętasz, jak cierpiałeś, kiedy ona... umarła? I co stało się z dzieckiem?
Mayer zmarszczył brwi. Nie lubił takiego Jason-Jasona. Kiedy ten był przyjemnie odłączony od świata jako-takiego, zajmując się zapałkami, był niegroźny.
- Owszem, jestem zdecydowany. I zrobię, co muszę. Dla niej - mruknął, chcąc wyminąć drugiego wampira.
Usłyszał śmiech. Jason-Jason wsadził palec do ucha i rytmicznie zaczął nim poruszać.
- Problem z odłamkami lustra jest taki, że jest ich wiele i... czasem się niektóre z nich odkształcają. I w tedy nie można zebrać lustra w taflę...
Znów beznamiętnie wzruszył ramionami i wyszedł. Jak zwykle, gdy tak pojawiał się i znikał, Mayer pomyślał brzydkie słowo.


*****


To stanowczo nie był dobry dzień na szkołę. I chociaż zostawiłam w niej Zielonego i Lady, to przekonywałam sama siebie, że tak będzie dobrze. Czasem przydaje się chwila samotności...
O czym ja w ogóle mówię? Przecież w moim wypadku to nie możliwe.
Ale to też nie jest wina Chochlikczka. Chochliczek po prostu jest...
Och, przymknij się, durniu.
Wychodząc ze szkoły zaczepiła mnie panna Butts. Znaczy cioteczka Eualia. Zagroziła mi, że powie Mayerowi o mojej kolejnej ucieczce ze szkoły, ale szczerze mówiąc miałam to gdzieś. Może nie samego Mayera, ale jego złość. Już można się przyzwyczaić.
Jednak najdziwniejsze, co mnie spotkało to to, że przed budynkiem zobaczyłam Clearwatera, który nonszalancko stara się opierać o ścianę, co nie specjalnie mu wychodziło. Zwłaszcza, że sklepik szkolny był niewielki, a sam Seth nieco zahaczał głową o niski daszek.
Na mój widok uśmiechnął się.
- Mogę odprowadzić cię do domu? - zapytał.
Zmarszczyłam brwi.
- W gruncie rzeczy, do domu jeszcze nie jadę... Wiesz, wagary - wyjaśniłam. Przechylił głowę, czekając na ciąg dalszy - Miałam zamiar po prostu poszlajać się po mieście.
Uśmiechnął się.
- Raczej nie powinnaś sama chodzić po mieście - powiedział, ale widząc moją minę zmienił temat. Nagle wydawał się zakłopotany - Wiesz... Ja tez tak jakby urwałem się z lekcji. Nigdy nie powiedziałbym tego Leah, bo urwałaby mi głowę... Hm, mogę zabrać się z tobą? - zapytał dość nieśmiało.
Wzruszyłam ramionami, ale Chochlik wygiął moje usta w uśmiech. Czułam, że lubi dzieciaka za ten jego optymizm, który niemal wymalowany był w jego oczach.
Ucieszył się. Jego emocje od razu były widać na twarzy.
- Super! - wykrzyknął po czym podszedł bliżej. Musiałam zadzierać głowę, by patrzeć w jego twarz - Hm, ponieść twoją torbę? Leah zawsze mi powtarzała, że tak powinno się robić i mam się nie zachowywać jak reszta chłopaków. Czasem, jak się wścieknie, nazywa ich barbarzyńcami... Czyli dość często. Pamiętasz moją siostrę, prawda? Wiesz, czasem bywa nieprzyjemna, ale tak naprawdę to bardzo fajna...
Tu rozgadał się tak mocno, że ledwo słyszałam swoje własny myśli. I jakoś mi to nie przeszkadzało.


*****


Oboje wybuchnęliśmy śmiechem. Przez jego kretyńskie żarty, które dla normalnego człowieka wcale nie byłyby śmieszne, prawie spadłam z ławki. Z kolei ja nie byłam mu dłużna i usiłowałam z marnymi efektami nauczyć go piosenki o jeżu.
Siedzieliśmy na starówce i robiliśmy z siebie wariatów. Ogółem uliczka była śliczna. Można powiedzieć, że przebywaliśmy na niewielkim, skromnym, acz urokliwym placyku, otoczony niewielkimi drzewkami i karłowatymi krzaczkami. Kwiaty były wszędzie.
Było nawet wręcz sielsko, nawet z krzykami w tle, jakie wydawał z siebie sklepikarz, starający się wygonić nas z jego ulubionej ławeczki.
- Jak to mieć tego... no... Elfika? - zapytał z zaciekawieniem.
Po raz kolejny musiałam przez dłuższy moment swego życia tłumić chichot.
- Chochlika - poprawiłam go na wyraźne żądanie mojego alter ego - Ja wiem? To jakby cały czas przy tobie ktoś był. Chyba przyjaciel. I wciąż do ciebie mówił. Niekoniecznie z sensem, ale jednak.
Pokiwał głową.
- I jak go słyszysz, tak jak mnie teraz? - zainteresował się. Kiedy marszczył brwi, wciąż z tym łagodnym, i dość sympatycznym uśmiechem, wyglądał na nieco starszego.
Pokręciłam głową.
- To jak własne myśli. Ale z kompletnie inną barwą głosu. Chochlik ma z lekka zapijaczony głos. - roześmiałam się znowu.
Nieprawda! Chochlik mówi ślicznie!
- Chyba rozumiem - stwierdził rozbrajająco. Nie wiem dlaczego, ale to akurat mi się nie bardzo spodobało.
- Bez obrazy, ale raczej nie. Wiesz, słyszenie głosów jest zarezerwowanie dla świrów - mruknęłam. Nie to, że humor mi się pogorszył. Co to, to nie.
Uśmiechnął się tajemniczo.
- I dla mnie - wyszczerzył zęby. - W końcu wilkołaki słyszymy się nawzajem.
Zamrugałam. Potem dopiero dotarło do mnie, co powiedział.
I nie było już dla niego odwrotu, po tym, jak chwyciłam go za kaptur bluzy i zażądałam kilku odpowiedzi.
Świat oszalał. A ja razem z nim.

Tańcząca w bieli...
Nastrój:
Kategoria: brak kategorii
tagi:


Ksiega
Zobacz // Dodaj wpis

Linki
Opowiadania
Hipotetycznie wilkołak
Żona dla śmierciojada
Renesmee Cullen
Leah Clearwater
Przeznaczona
Tajemnice Miłości
Freya

Mój Profil

Podlinkuj

Dodaj do ulubionych



Archiuwm
2009
kwiecień (2)
maj (5)
czerwiec (3)
lipiec (1)
sierpien (2)
wrzesień (1)
listopad (1)
grudzień (1)

2010
luty (1)



Layout
dot. dla l4u,
obrazek,
tekstura,
pattern
brushe: 1, 2,